Kategorie: Wszystkie | inne. | książka.
RSS
czwartek, 20 maja 2010

 

* * *

-Dzień dobry. Nazywam się Louise Spotlight...Jestem od Alice..-Loui nieznacznie uniosła brwi, starając się wytłumaczyć właścicielowi biblioteki, kim jest i po co tu przyszła. Wysoki mężczyzna o rudych włosach i tygodniowym zaroście w tym samym kolorze, zmarszczył brwi, zastanawiajac się nad czymś.

-Aaa.. Ta Louise.-odezwał się po chwili i podrapał w głowę. Wyglądał doprawdy 'inteligentnie'. Ciekawe jak taki człowiek może pracować w bibliotece?-zastanawiała się Louise.

-Chodź, pokaże ci co bedziesz robić.-skiknał na nią ręką i zaraz zniknał za drzwiami zaplecza. Loui pośpiesznie udała się za nim. Pokazał jej jak się segreguje książki i zapisuje się ich stan w archiwum. Tym na razie miała by się zajmowac Loui. Mężyczyzna cały czas się jej bacznie przyglądał. Nazywał się Bob, a imię to świetnie opisywało jego osobowość. Loui znając go zaledwie parę godzin, mogła stwierdzić,że lepiej nadawał by się do kopania rowów, lub podobnie wygórowanych prac. Po kilku godzinach, segregowała książki z niemal zamkniętymi oczami. Oprócz Boba w biblotece pracowała Kate, która obsługiwała klientów. Zdawała się być sympatyczną dziewczyną, tyle,że nie miała za bardzo czasu zajmować się Loui. Popołudnie dziewczyna spędziła w kuchni. Postanowiła ugotować coś chłopakom, tak jak obiecywała. Krzątała się w kuchni i powoli zaczynała się tu czuć jak u siebie. Postanowiła zrobić makaron po włosku. Jej danie popisowe. Zaczeła szukać po szafkach makaronu.

-Może w czymś pomóc?-zapytał Gabriel, spoglądajac na nią tymi swoimi niebieskimi oczami.

-Gdzie znajdę makaron?

-Powinien być w tej szafce.-powiedział wskazując ręką na ostatnią szafkę. Podszedł do niej, wyjął makaron i podał Loui.-Proszę.

-Dzieki.-uśmiechneła się nieznacznie unosząc kąciki ust.

-Więc co to będzie? Jestem już dość głodny.

-Zrobię makaron po włosku. Przysmażany na patelni z szynką, pomidorami, ogórkami i serem.

-Mm.-zamruczał chłopak.-To może ci w czymś pomogę?

Louise skrzywiła się lekko, w kuchni wolała działać solo. Jednocześnie niechciała przepuścić okazji to poznania bliżej Gabriela.

-Możesz pokroić w kostkę pomidory i ogórki.-sama zaś zajeła się gotowaniem makaronu.

-Dostałam dziś pracę w bibliotece.-uśmiechneła się pod nosem.

-O, gratuluje.

-A ty pracujesz gdzieś, czy jeszcze studia?

Gabriel wydawał się być lekko zmieszany.

-Nie..zajmuje się czymś innym..-zmarszczył brwi, a Louise podniosła na niego fiołkowy wzrok, i próbowała doczytać się reszty odpowiedzi z jego twarzy. Chłopak uciekł gdzieś wzrokiem w bok.

-Jak niechcesz to nie musisz mówić.-wzruszyła ramionami.

-Nie, to nie to. Ja po prostu nie mogę Ci powiedzieć.

-Ach, rozumiem. Jesteś super tajnym agentem, albo seryjnym mordercą?-zapytała, próbując szerokim uśmiechem rozluźnić atmosferę. Jednocześnie chłopak ją zaintrygował. Czym takim mógł się zajmować,że nie mógł o tym mówić?

-Tak, tak coś w tym stylu.-powiedział kiwając głową.

-Gdzie mieszkają twoi rodzice?- Louise pomyślała,że to pytanie było zbyt wścibskie, ale chciała dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Był dla niej taką mała zagadką, którą starała się rozwikłać.

-Mama nie żyje. A ojciec..Z ojcem nie widziałem się od 20 lat.

-Przykro mi. Przepraszam,że Cię o to zapytałam..

-Nie przejmuj się. Ty chyba też nie masz zbyt świetlnej przeszłości, więc jesteśmy do siebie podobni.-uśmiechnał się do niej, a jej serce zabiło mocniej. Odwzajemniła jego uśmiech. Woda zaczeła się gotować, więc wrzuciła do niej pokręcony makaron. Naszykowała patelnie i zaczeła przyzmażać na niej cebulkę i pokrojoną w kostkę wędline.

16:05, mlodocianapisarka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 maja 2010

-Jak skończysz, to wpadnij na dół.-powiedział tajemniczym głosem, po czym zniknał za drzwiami. Louise,aż zadrżała na całym ciele. Szybko podniosła się z łóżka i udała się do łazienki. Z palcem nie było tak źle, lekkie zadrapanie. Dla bezpieczeństwa polała go wodą utlenioną, tak jak kazał Gabriel i ranka zapieniła  się na biało. Nakleiła na nią plaster, który także znalazła w apteczce. W lustrze poprawiła włosy i uśmiechneła się zalotnie do swojego odbicia. Zbiegła po schodach i zaczeła się rozglądać za jakaś żywą duszą.
-Hejj, gdzie jesteście?-zapytała obracając się dookoła własnej osi. Usłyszała jakieś brzęki dobiegające z kuchni, skierowała do niej swe kroki. Cicho uchyliła drzwi i jej oczom ukazał się Mike trzymający w ręku mały czekoladowy torcik z zapaloną świeczką, uśmiechnięty Gabriel i jak zwykle, lekko naburmuszona Weronic, która stała z boku.
-Sto lat, sto lat, niech żyje,żyje nam..-zaczeli śpiewać chórem, choć dziewczyna ledwo poruszała ustami. Louise przyłożyła dłonie do ust w geście zaskoczenia.
Obdarzyła wszystkich szerokimi uśmiechami.
-Naprawdę nie musieliście..-wyjąkała zaskoczona.
-Pomyśl życzenie i zdmuchnij świeczki.-powiedział podekscytowany Mike.
Chce odnaleźć rodziców.
Przemkneło jej przez głowę. Wzieła głeboki wdech i za jednym dmuchnięciem zgasiła świeczkę. Wszyscy wybuchneli gromkim śmiechem.



*    *    *

15:26, mlodocianapisarka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 kwietnia 2010

 


Pod swój nowy dom Louise podjechała taksówką. Co prawda jej bagaż składał się z dwóch większych walizek wypełnionych ciuchami i kilkoma książkami, ale przytaszczyć je z sierocińca nie dała by rady. Zdzwoniła się z Gabrielem,że przyjedzie dziś po południu. Całe do południe spędziła na przyjmowaniu szczerych życzeń od opiekunek i kilku kucharek. Dostała trochę pieniędzy na tak zwaną wyprawkę. Największy prezent sprawiła jej jednak dyrektor Alice. Załatwiła jej pracę w bibliotece swojego kuzyna. Louise skakała z radości i dziękowała jej ze sto razy. Nieobyło się oczywiście bez ukąśliwych docinek Caroline,ale w tym dniu, nawet to Loui nie przeszkadzało.

Kierowca taksówki wyjął jej walizki, wział pieniądze i zostawił ją tak na chodniku. Podciągneła swoje toboły pod bramę i tym razem wcisneła dzwonek.

-Tak?-usłyszała głos Weronic twarzy Louise nie musiała ukrywała rozczarowania. Wolałaby to był Gabriel, lub chociaż Mike.

-To ja, Lou.-odezwała się nie pewnie do domofonu.

-Aa.-słychać było w głosie Weronic,że nadal uważa Loui za zły pomysł.

-Mikee! Wyjdź po nią.-usłyszała, jak dziewczyna głośno krzyczy po czym odłożyła słuchawkę. Po chwili za rogu pojawił się Mike.Obdarzył Loui szerokim uśmiechem.

-Witam, witam naszą nową współlokatorkę.-otworzył furtkę i cmoknał ją w policzek. Louise spuściła głowę by ukryć to,że się zarumieniła. Mike wział jej walizki po czym puścił ją przodem.

-Zaniosę od razu na górę.-odezwał się kiedy tylko weszli do domu. Loui omiotła wzrokiem pokój. Weronic leżała na kanapie przed telewizorem i zajadała się chipsami.Kiedy zauważyła Loui kiwneła tylko do niej głową na przywitanie.

-Siema.-odpowiedziała jej uśmiechając się lekko, po czym ruszyła za Mike po schodach. Postawił walizki w jej nowym pokoju.

-Dzięki.-powiedziała Loui, po czym odetchneła ciężko,ale z ulgą.-Sama nie dała bym rady.

Mike tylko machnał ręką.Najwyraźniej niesprawiło mu to żadnego wysiłku.

-Nie ma sprawy. Zostawie cię może teraz samą. Rozpakujesz się i w ogóle.. Jak bedziesz miała ochotę, to zejdź do nas na dół.-uśmiechnał się do niej zamykając drzwi. Louise obiegła wzrokiem pokój. Wydawał się jej jeszcze większy niż ostatnio. Jej wzrok zatrzymał się na łożu pod oknem. Uśmiechneła się sama do siebie, po czym rzuciła się na nie, by sprawdzić czy jest wygodne. Było bardzo miękkie, więc odbiła się od niego kilka razy.

-Zmieszczą się tu chyba ze trzy takie mnie.-zachichotała, po czym przeturlała się na bok i zeszła z łożka. Otworzyła wielką szafę, która była pełna wieszaków. Zaczeła wieszać na nich swoje ubrania.

Kiedy rozpakowała się już całkowicie, a walizki schowała na dnie szafy, wzieła do ręki ksiązkę od Monic, i położyła się na łóżku. Rozłożyła ją przed sobą i zaczeła energicznie wertować kartki. Po chwili bez zastanowienia otworzyła książkę na ostatniej stronie. Zawsze zaczynała tak czytać-od ostatniej strony. Zapisany był na niej chyba wiersz, nieznanego autora. Pierwsza litera była ozdobiona różnymi zawijasami w ciemno zielonym i złotym odcieniu. Louise zaczeła czytać.


W przeklętą osiemnastą noc,

Zło będzie miało największą moc.

Pojmie ją Ten, który mścić się chce.


Przeleje się rodzinna krew,

gdy Księżyc w pełni ukaże się,

przypieczętuje wyroku cel.


Płomykiem nadziei Potomkini Tych,

którzy przed laty na sługach Złych,

uwolnili morderczy zew.


Spełni się czar,

skrywany wśród mar

i Kluczem się stanie przeklęty dar.


-Naprawdę dziwny wiersz.-odezwał się Gabriel, który oparty z skrzyżowanymi rękami o framuge drzwi. Louise,aż podskoczyła na dźwięk jego głosu. Wiersz wystarczająco wprawił ją w strachliwy nastrój. Chciała szybko zamknąc książkę, ale ostra krawędź papieru przejechała po jej palcu. Na kartkę skapneła jedna kropla jej krwi. Rozbryzła się tworzac małe kółko, pod ostatnimi słowami wiersza.

-Auć.-jękneła cicho i podniosła palce, by mu się dobrze przyjżeć. Powoli sączyła się z niego krwisto-czerwona ciecz. Gabriel jednym skokiem znalazł się przy niej i już wyciągał z kieszeni husteczkę. Louise podniosła na niego swoje fiołkowe oczy, kiedy on owijał nią jej palec.

-Dziękuje..-wyszeptała cicho, a on wpatrywał się w nią swoimi lazurowymi oczami. Louise poczuła się skrępowana i po chwili odwróciła wzrok.

-Idź z tym do łazienki, w szafce pod lusterkiem znajdziesz apteczkę. Na wszelki wypadek przemyj to woda utlenioną.-zwrócił się do niej dość chłodnym tonem, ale pochwili jego twarz się wypogodziła i zagościł na niej łobuzerski uśmiech.

20:20, mlodocianapisarka
Link Dodaj komentarz »
Rozdział III

 


ROZDZIAŁ III



    • Nareszcie nastał ten upragniony dzień. Dzień osiemnastych urodzin Louise.

-Lou! Wstawaj! Dziś jest ten dzień, dziś jest ten dzień!-darła się jej podekscytowana Monic nad uchem. Loui otworzyła zaspane oczy, po czym ziewneła szeroko, zatykając dłonią usta. Usiadła na łóżku, pozostawiając nadal przykryte nogi.

Właśnie docierała do niej rzeczywistość i zdała sobie sprawę,że doczekała tego dnia, gdy będzie móc wyjść z tąd po raz ostatni.Zaśmiała się dźwiecznie słysząc głos Monic i to co wygadywała. Plotła coś o tym jak nie mogła się tego doczekać, i jak bardzo się cieszy.

-Monic,spokojnie. Ochłoń trochę dziewczyno. Połowa słow jeszcze do mnie nie dociera.-przetarła dłonmi oczy i jako tako wygładziła rude włosy.

-Sto lat, sto lat, niech żyje,żyje nam..-śmiała się dziewczyna śpiewając.Louise uśmiechneła się do niej szeroko, po czym zatkała sobie dłońmi uszy, choć głos dziewczyny nie był najgorszym jaki słyszała w życiu.

-Dobra starczy tych tortur.-zaśmiała się, a Monic z początku lekko urażona, pochwili zawtórowała jej swoim śmiechem.

-Louise, jesteś okropna!-poczochrała jej jeszcze bardziej włosy, które i tak po nocy wyglądały przerażająco. Louise trochę się z nią poprzepychała, po czym przyjaciółki uściskały się serdecznie.

-Spełnienia wszystkich marzeń.-wyszeptała jej Monic do ucha.Poczym wyrwała się z jej uścisku i podbiegła w podskokach do swojej półki. Lou powiodła za nią zdziwionym wzrokiem.Dziewczyna wyjęła z półki jakąś torebkę i udała się w kierunku Loui potrząsając nią lekko, niby to dla zachęty.

-Oh..-Louise wyrwał się miły okrzyk zachwycenia-Monic, naprawdę nie musiałaś..

-Tak, tak. Nie musiałam ale chciałam.Nie jest to wielkie cudo,ale myślę,że ci się spodoba.-powiedziała podając Loui kolorową torebkę. Ta uchyliła ją lekko i zajrzała do środka, po czym podniosła fiołkowy wzrok na Monic uśmiechając się łobuzersko.

-Ksiązka-stwierdziła. Lubiła czytać. Zwłaszcza poezję i jej przyjaciółka doskonale o tym wiedziała. Sięgneła ręką do torebki i wyciągneła prezent. Książka wyglądała na bardzo starą. Miała czarną i bardzo elegancką okładkę.

-Ulala, Monic. -zanuciła Loui.-Postarałaś się.-otworzyła książke i przeczytała to co było napisane na pierwszej stronie.


Tomik poezji.





Ukochanej Louise, na nowej drodze życia.

-Monic.


-Dziękuuje.-powiedziała posyłając przyjaciółce szeroki uśmiech.




* * *

 

20:20, mlodocianapisarka
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 kwietnia 2010

 

Chłopak teatralnie wywrócił oczami, po czym skwitował:

-No to mamy uzgodnione.

-Dziękuje.-powiedziała i uśmiechneła się do niego bardzo ciepło. Aż niechciało jej się wierzyć,że wszystko się tak ułożyło.

-Jeszcze raz tak powiesz, a obiecuje,że zmienie zdanie.-zaśmiał się cicho.Louise zmarszczyłą lekko brwi, była jeszcze jedna rzecz która ją nurtowała, a ona lubiła mieć wyszystko załatwione. Gabriel zauważył,że trochę spoważniała i rzucił jej pytające spojrzenie.

-Wiem,że jestem wścibska, i nie powinnam o to pytać, ale jak to możliwie,że Ty jesteś włascicielem tego domu?

Gabriel ewidentnie się zmieszał i nieuciekło to uwadze Lou.

-Dostałem go w spadku.-powiedział szybko-Dziadek wcześnie umarł, a z Babcią byłem zżyty, więc zapisała go mnie.

Louise pokiwała tylko głową. Odpowiedź jej nie usatysfakcjonowała, ale na razie dała sobie spokój z drążeniem tego tematu.

-Chyba powinnam już iść. Nim wrócę do..domu.-bardzo rzadko mówiła na sierociniec 'dom'- będzie już ciemno. Jeszcze raz dz..-już zaczeła, kiedy przypomniała sobie jego słowa i zaśmiała się pod nosem, kiedy on pogroził jej palcem.




* * *


Do sierocińca odprowadził ją Mike. Sama błąkała by się po Lexingtow jeszcze parę godzin. Naprawdę nie miała pojęcia jak znalazła się na ich ulicy. Chłopak wywarł na niej bardzo dobre wrażenie, choc jego uroda nie może się równać z Gabrielem. Rozmawiali prakrycznie o wszystkim. Dowiedziała się,że Mike ma dziewietnaście lat i pracuje w barze jako kelner. Niechciał się wychwalać, ale przyznał,że ma już za sobą kilka kursów. W domu mieszka już rok, i na razie na nic nie narzeka, oprócz jedzenia. Jak sam sobie czegoś nie ugotuje to nie zje.Proste. Louise uważała,że będzie mogła się z nim na pewno zaprzyjaźnić. Mike jest otwarty, a z takimi ludźmi najłatwiej nawiązać kontakt. Ona otwarta nie była. Powiedziała mu o sobie niewiele, tyle o ile by się odezwać. Naszczeście Mike to nie przeszkadzało, na pożegnanie musnał wargami jej dłoń.

-Gdzieś ty się podziewała?!-takie powitanie powitanie usłyszała od Monic, kiedy tylko zamknęła drzwi od ich pokoju. Louise odpowiedziała jej błogim uśmiechem na ustach, po czym niby niesiona przez wiatr, miekko upadła na łożko. Monic podeszła do jej łożka i skrzyzowała ręce na piersiach. Patrzyła na nią spod przymrużonych powiek.Pod tą pozą kryła się zwykła troska o przyjaciółkę.

-Mów mi wszystko i to w tej chwili.-od razu poznała,że Loui poznałą kogoś konkretnego i nie myliła się. Loui podniosła się i usiadła z boku łożka, krzyżując nogi. Poklepała dłonią wolne miejsce obok. Monic jeszcze przez chwilę mierzyła ją tym swoimi przeszywającym wzrokiem,ale Loui uśmiechała się do niej tak promiennie,że ta nie miała już dłuzej siły się opierać. W końcu bezwładnie opuściła ręce i usmiechneła się do niej, unosząc jedną brew. Usiadła na miejscu, obok Loui i zaczeła słuchać. A dziewczyna miała naprawdę wiele do opowiedzenia.

 

16:25, mlodocianapisarka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 kwietnia 2010

 

-Gabrieel!-krzyknał głośno Mike.-Jest w swoim pokoju, ostatnie drzwi na lewo.-powiedział po chwili,choć Loui nie słyszała, by ktoś odpowiadał. Uśmiechneła się do Mike i ruszyła korytarzem. Wyobrażała sobię,że Gabriel to na pewno jakiś staruszek, skoro jest właścicielem takiego domu.Podeszła do ostatnich drzwi, i cicho zastukała w nie kostkami .Drzwi się uchyliły, a ona przez chwilę zastanawiała się czy wejść. W końcu popchnęła je szerzej i wsuneła się do srodka. Pokój rzeczywiście pasował do wyobrażeń Loui. Urządzony podobnie do salonu. Powiodła po nim wzrokiem poszukując Gabriela. Okazało się,że leży na łożku i rękami założonymi za głowę i wpatruję się w nią ogromnymi, niebieskimi oczami.Loui w życiu nie widziała, by ktoś miał taki odcień błekitu w oczach, nie można było oderwać od nich wzroku. Gabriel wcale nie był żadnym staruszkiem, o niee. Wyglądał na góra dwadzieścia lat.

Miał jasne, blond włosy postawione ku górze, na tzw. małego irocka.Loui poczuła się nie zręcznie wgapiając się w niego więc odwróciła się i zamknęła drzwi.Chłopak nadal nic nie mówił, więc postanowiła zacząć.

-Hej..Nazywam się Louise Spotlight. Zgubiłam się szukajac ulicy, której w ogóle nie ma w Lexingtow.-Boże po co ja mu to mówię, pomyślała przeczesujać dłonią włosy.-Mike powiedział,że mogę wynając tu pokój..-już dawno nie czuła się tak skrępowana obecnością mężczyzny, wygadywała jakieś głupoty i miała ochotę ugryźć się za język.Chłopak nie podnosząc się z łożka zapytał:

-Jakie masz moce?-głos miał niski i lekko ochrypnięty, ale pytanie kompletnie zaskoczyło Lou.

-Że co słucham?-uniosła wysoko brwi zdziwiona.-Umiem dobrze gotować..i sprzątać, jeśli o to ci chodzi.-lekko przechyliła głowę na bok czując że na jej twarzy pojawiły się czerwone rumieńce.Chłopak podniósł się z łożka i usiadł na jego brzegu. Przez chwile przyglądała się Loui zaciekawionym wzrokiem, a ona myślała,że zaraz ugną się pod nią kolana. Co prawda był dziwny, ale co tam.Jego malinowe usta wygięły się ciepłym uśmiechu, a serce Louise zabiło szybciej.

-Żartowałem tak tylko.-ale dla Loui ten żart nie wydał się najlepszym, uniosła kąciki ust i brwi.-Mamy wolne kilka pokoi.Możesz wybrać sobie który chcesz.Osobiście polecam ten od południa. Zawsze jest w nim jasno, a ty wyglądasz na pogodną dziewczynę.-lekko przechylił głowę spoglądając na nią.

-Masz rację, chyba taki będzie mi odpowiadał.-uśmiechneła się lekko i zagarneła dłonią niesforny lok za ucho. Zastanawiała się co ma teraz na głowie, bo takie wycieczce jej włosy na pewno niewyglądają za dobrze.

-Pozwól,że Cie zaprowadzę i pokaże. Sądze, że powinien ci się spodobać.-przepuścił ją w drzwiach, po czym sam poszedł przodem co jakiś czas odwracając się z uśmiechem na ustach, Loui szła za nim i za każdym razem odwzajemniała jego usmiech.Mineli kilka drzwi i Gabriel zatrzymał, ale tak gwałtownie,że Louise mało na niego nie wpadła.

-Przepraszam-powiedziała speszona, po czym spuściła głowę.Uśmiechnał się w stylu 'nie ma sprawy' i otworzył drzwi. Oczom Louise ukazał się wielki pokój z duzym łożkiem naprzeciwko drzwi.Nad łóżkiem, a raczej łożem znajdowały się dwa wielkie okna.Pod ścianą stało biurko, wielka szafa i kilka półek na ksiązki. Pokój był prosty, ale trafił w gusta Loui.

-Świetny.-pokiwała lekko głową na potwierdzenie swoich słow i nagle uderzyła w nią myśl, która zepsuła tą cała chwile.-Tylko obawiam się,że nie będzie mnie stać na Taki pokój.-obróciła się by spojrzeć na chłopaka, nie lubiła się nikomu zwierzać, ale musiała mu to powiedzieć, zaczerpnełą płytki oddech.-Jestem z sierocińca. Za dwa dni strzeli mi osiemnastka i będę musiała na razie znaleźc coś taniego. Potem poszukam pracy i może się kiedyś dorobię, na takie mieszkanie.-uśmiechneła się sztucznie, po czym wzrokiem obiegła pokój-Bardzo mi się podoba, ale naprawdę wątpie by było mnie na to stać.-uśmiechneła się przepraszająco po czym próbowała go wyminąć w drzwiach. Gabriel ani drgnał,a przez niego twarz przebiegł kpiący uśmiech.

-Daj spokój, Lou.-zaczał łagodnym głosem i Louise nie miała ochoty mu się opierać.-Napoczątku możesz nam gotować i pomagać mi w ogrodzie. Dostosuje się do twoich zasobów pienięznych.-Louise rozwarła swoje blade usta, z których szminka już dawno się starła, by coś powiedzieć,ale chłopak przerwał jej szybko.-Bez gadania.Jak jesteś taka uparta, to zwrócisz mi jak się dorobisz pierwszego miliona.-powiedział, po czym zachichotał cicho.Loui westchneła zrezygnowana, po czym uniosła swój fiołkowy wzrok na jego twarz.Zauważyła,że chłopak jest od niej trochę wyższy i musiała zadrzeć głowę do góry.

-Nie wiem jak Ci się odwdzieczę, Gabriel.-powiedziała stłumionym głosem.Była wręcz w siudmym niebie i miała ochotę skakać do góry, ale nie wypadało jej to. W końcu za dwa dni stanie się pełnoletnia.

21:13, mlodocianapisarka
Link Dodaj komentarz »

 

Loui aż podskoczyła na dzwięk czyjegoś zimnego i opanowanego głosu. Szybkim ruchem zerwała się na równe nogi i odwróciła by zobaczyć z kim ma do czynienia. Jej oczom ukazała się wysoka i wysportowana dziewczyna.Wyglądała na jej wiek, lub nieco starsza. Albo była po godzinnym solarium, albo po prostu nie pochodziła z tego stanu.Skóre miała w jasnym odcieniu czekolady. Miała krótko ścięte i nastroszonę w każdą stronę brązowe włosy. Światło odbijało się od nich, sprawiając,że mocno błyszczały w niektórych miejscach. Jej piwne oczy, jakby dopasowane kolorem do włosów hardo patrzyły na Louise.Usta miała zaciśnięte w wąską linie.

-Ja..-zająkała się Lou, a jej fiołkowe oczy rozszerzyły się do niewiarygodnych rozmiarów. Wyglądała niczym małe, przestraszone dziecko.

-Tak ty, pytam się co robisz w moim ogródku.-dziewczyna skrzyżowała ręce na piersi, a jej spojrzenie tylko nabrało na sile.

-Yh.. Ja się zgubiłam..i..-Louise zmarszczyła brwi, bo nagle dotarlo do niej,że wkradła się do czyjegoś ogrodu i bezkarnie się po nim przechadzała, zerkneła na swoje buty leżące obok, i to w dodatku na bosaka.

-Przepraszam bardzo, naprawdę nie wiem co się ze mną stało.Ja po prostu.. Ten ogród.. jak by mnie wołał..-Loui sama nie wierzyła w to co mówi, jak ogród mógł przyciagać?

-Taa, jasne.-dziewczyna lekko zmrużyła oczy i już miała coś powiedzieć kiedy w ogrodzie pojawił się jakiś chłopak. Był doprawdy przystojny. Miał jasne, lekko pokręcone włosy, sięgające mu miej-wiecej do poziomu uszu. Był dużo wyższy od Lou i od tej dziewczyny. Oczy miał zielone, ale nie był to kolor choć trochę do oczu Caroline.Był bardzo jasny i ciepły.Miał na sobie żółtą koszulkę i rozdarte na kolanie jeansy.Chłopak cały emanował promienistym uśmiechem i wydawał się być przyjacielsko nastawiony w przeciwieństwie do tej dziewczyny.. Uśmiechnał się łagodnie do Louise.

-Weronic-zwrócił się do brunetki-Kogo my tu mamy? Może przedstawisz mnie swojej.. koleżance.-puścił Loui oko, a ona rozluźniła się trochę i posłała mu lekki uśmiech.

-Daj spokój, Mike. Przecież wiesz,że jej nie znam.-dziewczyna wywróciła oczami.

-Jak się nazywasz?-zwróciła się do Loui, która przykucneła by założyć buty, spojrzała na swoje stopy, a odciski całkiem znikły. Zdziwiło ją to, ale nie miała czasu dłużej się nad tym zastanawiać.

-Louise Spotlight. Lou.-powiedziała lekko kiwajac głową.

-Bond, Mike Bond.-zachichotał chłopak i widać było,że sobie żartuje. Wyciągnał dłoń do Lou i mocno uścisnał. Była duża i przyjemnie ciepła.

-A to Weronic Paker.-skiknał głową na dziewczynę, która opuściła skrzyżowane ręce i zmusiła się na miły uśmiech, który wyglądał jak by sprawiał jej ból.

-Dziewczyna Bonda.-dodał po chwili, dumnie wysuwając brodę na przód.

-Chciałbyś.-Weronic szturchneła go w bok łokciem uśmiechając się zadziornie. Wyglądali teraz na naprawdę fajnych ludzi, i Louise poczuła,że mogłaby się z nimi zaprzyjaźnić.

-Piękny ogród.-powiedziała, bo wydawało jej się,że powinna coś powiedzieć.

-To sprawka Gabriela.On uwielbia się w to bawić.-Mike wzruszył ramionami.-A teraz powiedz nam,Lou co tutaj robisz?

-Zgubiłam się. Szukałam ulicy Salvato. Wiecie w ogóle czy taka jest w Lexingtown?-uniosła brwi spoglądając na nich.

-Yyy.-Mike pokręcił głową.-Nie ma takiej... Na pewno, nie ma.

-Super, widocznie ktoś zrobił mnie w balona.-wzniosła oczy do nieba. Cała jej wycieczka poszła na marne. Wymarzone mieszkanie przepadło.

-Szukasz mieszkania?-zapytał zaciekawiony Mike.

-Mike, nawet nie próbuj!Gabriel w życiu się na to niezgodzi. No way!-dziewczyna mówiła tak jak by Loui wcale nie stała obok.

-W zasadzie to szukam.-zwróciła się do Mike. Weronic postanowiła zignorować.-Umiem dobrze gotować.-uśmiechneła się zachęcająco.Nauczyła się gotować na stołówce, zawsze przyglądała się grubej pani Alinie, kucharce. Naprawdę chciała z nimi zamieszkać. Mieć normalne, szcześliwe życie, a Mike wydawał się jej całkiem smaczynym kąskiem.

-Widzisz, widzisz.-chłopak przedrzeźniał Weronic.-Ty gotowałaś tylko raz, i o mały włos nie musieliśmy wzywać straży pożarnej.

Brunetka w odpowiedzi zmrużyła tylko oczy, po czym pociągneła go za ramie na bok.

-Mike, czyś ty oszalał? Ona nie wygląda tak jak,żadne z nas. To zwykła dziewczyna.-sykneła.

-Oj daj spokój.-wywrócił oczami i lekkim ruchem wyrwał ramie z jej uścisku.-Skoro tu przyszła, to znaczy że dom ją wybrał. Ja jestem za, i założe się,że spodoba się także Gabrielowi.-podszedł do Loui, która nieusłyszała ani słowa z tej rozmowy, chodź wytęrzała słuch jak tylko mogła, spojrzała na Mike uśmiechajac się lekko.

-Postanowiliśmy..-zaczał, choć było widać,ze dziewczyna nie zgadza się z tą decyzją, jeszcze raz zmierzyła Loui zimnym wzrokiem po czym odwróciła się na piecie i poszła.Lou została sama z Mike.-..że bedziesz mogła z nami zamieszkać.Musisz jeszcze tylko poczekać na zgodę Gabriela.-dziewczyna lekko zmarszczyła brwi, nie miała pojecia, kto to ten cały Gabriel- To właściciel tego domu.-Mike jak by czytał jej w myślach.

-Dziękuje.-posłała Mike swój słodki uśmiech, trenowany jak by wrazie co spotkała na drodze jakiegoś Edwarda.-Kiedy będe mogła porozmawiać, z Gabrielem.? Zależy mi na czasie.-uniosła swoje fiołkowe oczy na Mike, dostrzegła,że miał naprawdę piękne usta. Miały ciemny, można powiedzieć,że prawie wiśniowy kolor.

-Choć by zaraz, ślicznotko.-znów puścił jej oko i trzeba przyznać,że wyglądał przy tym bardzo uwodzicielsko.Wskazał głową kierunek w którym odeszła Weronic i oboje, ramie w ramie, poszli w kierunku domu. Był wielki, naprawdę wielki.Miał kształt prostokąta-bardzo prosty budynek. Zewnętrzne ściany wyłożone były ciemno-brązowym drewnem. Odbijały się od niego białe ramy, symetrycznie rozstawionych okien.Dach wyłożony był blachą w podobnym odcieniu brązu jak ściany.. Wyglądał na bardzo starą budowle, i tak jakoś nie pasującą do tej dwójki roześmianych przyjaciół.

-Tylko we trójkę mieszkacie w tym domu?-zapytała Louise zwracając się do chłopaka.

-Nie, jest jeszcze Olivia. Ale teraz wyjechała..-Mike otworzył przed nią drzwi, Lou podziękowała mu unosząc kąciki ust.

-Jeej.-wyszeptała, kiedy już znalazła się w środku.Pomieszczenie w którym się znajdowała było naprawdę duże i urządzone w stylu retro. Jak by od wybudowania domu, nikt nie zmieniał jego wystroju.

-Wiem, wiem.- Mike tylko pokręcił głową. Naprzeciwko drzwi znajdowały się ogromne schody wiodące na drugie piętro.Louise wodziła tylko oczarowanym wzrokiem po wielkim pokoju, który zdawał się być salonem. Stały tam kanapy, a naprzeciwko nich plazmowy telewizor, których trochę nie pasował do ogólnego wysroju pomieszczenia.Na wielkiej komodzie stało mnóstwo fotografi i pamiątek. Podłogę wyłożoną machoniowym drewnem zdobił wrzożysty dywan w róźnych odcieniach czerwieni, brązu i beżu.W rogu przy oknie znajdował się bujany fotel, a obok niego biblioteczka z książkami. Nad wszystkim wisiał kolosalny żyrandol, pełen lampek, zajmował dużą część jasnego sufitu.

-Gabriel powinien być na górze..-powiedział Mike i skierował się ku schodom.Louise zdjęła buty i ruszyła za nim. Dłonią gładziła drewnianą, błyszczącą ramę, a schody zdawały się nie kończyć.

12:44, mlodocianapisarka
Link Komentarze (1) »
Rozdział II

 


Lou wychodziła z sierocińca, towarzyszył jej stukot obcasów o betonowy chodnik.Miała w nich co najmniej metr siedemdziesiąt pięc. Założyła dobrze dopasowaną granatową marynarkę i ciemne rurki. Wszystko to kupiła za swoje pieniadze, ciężko zarobionę w wakacje.Rude włosy zakręciła w jeszcze bardziej spręzyste loki, i teraz zmysłowo okalały jej twarz targane przez wiatr. Rzęsy podciągneła czarnym tuszem i ciągneły się niemal do jej jasnych brwi.Usta musneła bladoróżową szminką. Pudrować się nie musiała, bo jej skóra była wręcz nieskazitelna, gdyby nie te kilka piegów przy nosie.Które, jak twierdziła Monic, dodawały jej tylko uroku. To dzięki niej Louise zaczynała coraz bardziej lubić siebie. Na dworze nie było słońca, więc ciemne okulary musiała sobie darować. Starała się wystylizować na godną zaufania dorosłą osobę. I trzeba jej to przyznać,że wyglądała teraz spokojnie na dwadzieścia lat. W dłoni trzymała mapę miasta i hardo ruszyła przed siebie.

-No to jedziemy z tym koksem.- powiedziała do siebie, po czym cicho zachichotała.

Po godzinie bezskutecznego szukania ulicy Salvato spuchły jej kostki niczym balony, a odciski już pewnie miała na wszystkich palcach.Zapytała się kilku przechodniów,ale żaden z nich nie miał pojęcia gdzie się znajduję ta ulica.Westchnęła zrezygnowana, i uniosła wzrok przed siebie, gdyż od dłuższego czasu wlokła się z spuszczoną głową. Nie miała nawet pojęcia na jakiej znajduję się ulicy. Rozejrzała się dokoła.

-Uu, nieciekawie.-powiedziała kręcąc głową. Znajdowała się w naprawdę dziwnym miejscu. Pełno tu było starych, ogromnych domów z wysokimi ogrodzeniami. Nigdy nie wiedziała,że w Lexingtow są takie ulice, a wydawało się jej że miasto znała już dosyć dobrze. Przeszła jeszcze kilka kroków i nagle poczuła niecierpiącą zwłoki ochotę sprawdzenia, co kryje się za takim ogrodzeniem. Podeszła do ciemno brązowego parkanu, staneła na palcach i jej oczom ukazał się jeden, wielki zielony ogród.

-Łaał-wyrwało się z jej ust.Widok był doprawdy zachwycający.Nigdy w życiu nie widziała tyle zieleni naraz. Z miasta wyjeżdzała tylko kilka razy i zazwyczaj nad morze. Gdyż znajomy pani Alice miał tam hotel, i fundował im tańszy pobyt.Ogród był pełny różnych kształtów i figur wymodelowanych z zielonych krzewów. Loui znów staneła na nogach, gdyż poprzednia pozycja powiększała jeszcze bardziej ból jej kostek. Przebiegła wzrokiem wzdłuż parakanu i zobaczyła uchyloną furtkę. Bez zastanowienia podbiegła do niej i uchyliła ją jeszcze szerzej. Ta wydała z siebie ciche skrzypienie, ale zdawało się brzemieć ono jak zaproszenie do środka, i Louise weszła. Pod jej nogami ciągnał się wysypany z drobnych,jasnych kamieni chodnik, po kilku metrach skręcający w prawo, i nie wiadomo na czym się kończący. Loui nie miałą zamiaru tego sprawdzać. Nachyliła się by rozpiąc rzemyki od butów, po czym jej zdjęła. Jej stopy były mocno zaczerwienione i widać już było na nich jaśniejsze wybałuszenia- odciski. Pokręciła tylko lekko głową, po czym ujęła buty w ręce i jednym zwinnym skokiem znalazła się na trawniku.

-Auć- skok to jednak nie był dobry pomysł.Zrobiła krok do przodu i wręcz zamarła w bezruchu, a na jej twarzy odmalował się błogi uśmiech. Trawa zdawał się być tak miękka jak aksamit, była dosyć chłodna w dotyku i kojąco chłodziła jej zmęczone stopy. Louise zaczeła zwiedzać ogród. Mineła wielkiego zielonego dinozaura, który wywołał uśmiech na jej twarzy. W życiu nie widziała czegoś takiego w czyimś ogrodzie. Zresztą w sierocińcu nie było ogródu i w ogóle mało było zieleni.Zastanawiała się chwile, patrząc z głową zadartą ku góry, jak ktoś był w stanie uformować jego głowę tak wysoko. Przecież miał spokojnie dwa i poł metra wysokości. Ruszyła dalej, a każdy krok sprawiał jej nie lada przyjemność. Oczarowanym wzrokiem przyglądała się kolejnym ogrodowym wyczynom. Ktokolwiek dbał o ten ogród, musiał mieć ogromny talent i niespotykaną cierpliwość. Minąłwszy kolejną wysoką rzeźbę jej oczom ukazała się żółto-fioletowa rabata z kwiatami, w kształcie dwóch serc. Cała porośnięta była krokusami i Loui malo się nieprzewróciła biegnąc do niej. Uklękła rzucając buty na bok i nachyliła się by je powąchać.Zapach miały doprawdy mocny i słodki, przymknęła powieki by lepiej się nim rozkoszować.

-Szukasz tu czegoś?

12:43, mlodocianapisarka
Link Dodaj komentarz »

 

Przejżały już chyba wszystkie ogłoszenia, ale niestety żadne nie pasowało. Za drogie, zła okolica, sami faceci w domu itp.

Lou westchneła zrezygnowana, po czym przeniosła swój wzrok na Monic.

-No co tak wzdychasz, co? Jak nie dziś, to za tydzień wychodzi nowa gazeta. Coś znajdziesz na pewno. W tym zakichanym Lexington musi być jakieś mieszkanie dla Ciebie.-powiedziała.Ta szara myszka nigdy się nie podawała.-Po za tym jeszcze jedno ogłoszenie..-wzieła od niej gazetę i zaczeła czytać, mrucząc pod nosem.-Lou, chyba mamy to!-powiedziała radosnym głosem, a Lou szybko poderwała się z łożka, siadając obok przyjaciółki

-Czytaj, czytaj-ponaglała ją.

-Starsza Pani szuka współlokatorki, która pomogła by przy domu, w zamian za zamieszkanie. Hm?-Monic spojrzała na Lou unosząc brwi w geście pytania.

-Mhm.-Louise zachichotała.-Całkiem, całkiem. Sprzątać przecież potrafię, A gdzie ten dom?
-Ulica bardzo bliska centrum, jednakże spokojna.-czytała Monic- Salvato 24.

-Eee, nie mam pojęcia która to...-Lou przeczesała dłonią włosy, w ogóle nie miała zmysłu orientacji, na początku gubiła się nawet w sierocińcu.-Ale oferta ciekawa.-zerkneła ukradkiem w okno. Zrobiło się już naprawdę późno.-Zajrzę tam juto, bo dziś to już nie da rady.-pokiwała lekko głową.-Dzięki Monic, nie wiem co bym bez Ciebie zrobiła.-cmokneła przyjaciółkę w policzek, po czym posłała jej szeroki uśmiech, tak że w jej policzkach pojawiły się dwa małe dołeczki, wyglądające wręcz przesłodko.

-Oh, po prostu byś zgineła.-dziewczyna teatralnie wywróciła oczami, po czym na jej twarzy również zagościł szeroki uśmiech.


Louise właśnie kładła się do łożka. Dopiero teraz poczuła jak bardzo jest zmęczona.Nogi zdawały się pulsować więc oparła jej o ramę łózka, by spłynęła z nich krew.Czytała w jakiejś gazecie,że to pomaga, więc miała okazję wypróbować ten sposób.Do uszu wsadziła sobie słuchawki, a z nich zaczeły wydobywac się kojące dźwięki. Jak zwykle do snu słuchała piosenek z Zmierzchu lub Księżyca w Nowiu.

Zazwyczaj te same kompozycje- Carter Burwell. Działały na nią naprawdę uspokajająco, ale za razem refleksyjnie. Często zdarzało się jej do nich płakać.

Gdy tylko przymknęła powieki, zaczeła myśleć o swoim dzieciństwie. Był to naprawdę cieżki okres w jej życiu. Rodziców nie znała,zostawili ją w szpitalu kiedy miała zaledwie miesiąc. Wolała jednak,żeby tak było,niżby miała świadomość,że zgineli w jakimś tragicznym wypadku. Zawsze miała nadzieje,że kiedyś ich odnajdzie, lub oni odnajdą ją. Wyobrażała sobie często,że jej matka była bardzo młoda i zabójczo piękna, zakochała się w romantycznym muzyku. Byli strasznie szczęśliwi,aż na świecie pojawił się kwiat ich miłości-Louise. Chodź tak naprawdę to imię nadano jej w szpitalu, gdyż nie zostawiono przy niej żadnych informacji. Po prostu zostawioną ją na krześle w poczekalni.To straszne, ale Louise już dawno się z tym pogodziła. Życie jest okrutne i trzeba się z tym oswoić.Lou cały czas wierzy,że jej rodzice nie mieli wyboru i zrobili to dla jej dobra. Odkąd skończyła piętnaście lat bezskutecznie próbuje ich odnaleźć. Przez kilka lat poszukiwań nie trafiła nawet na jeden, malutki ślad. W szpitalu nie ma nawet dokładnej daty jej znalezienia. Wszystko jakieś takie zagmatwane, jak by ktoś specjalnie zacierał wszelkie ślady,ale to przecież na pewno nie jej rodzice. Zawsze ją to nurtowało i nie dawało spokoju. Taka jej własna zagadka, którą musi rozwikłać. Zmarszczyła lekko brwi martwiąc się jak ona to zrobi. Mp3 zmieniła piosenkę na 'the lion fell in love with the lamb' i jej myśli automatycznie przeskoczyły na inny tor. Przed oczami staneła jej scena jak Bella całuje się z boskim Edwardem. Mrr. Boże, jak ona chciała by mieć takiego wampira na własność. Przystojny, szybki, umieśniony po prostu jej wymażony chłopak. Louise miała tylko kilku chłopaków podczas jej całego życia. Każdego z tych związków żałowała i tylko utwierdzała się w myśli,że faceci podły podgatunek. Zakochała się tylko raz, i to tak naprawdę. Nazywał się Diego. Chodzili razem do jednej klasy w liceum. Miał piękne, duże brązowe oczy, poza którymi nie widziała świata.

-Boże, jaka ja była naiwna.-mrukneła pod nosem przypominajac sobie jak to się skończyło. Diego jako dowód miłości żądał by się z nim przepała. Lou oczywiście się nie zgodziła. Miała niecałe siedemnaście lat i kompletnie nie była na to gotowa. W ogóle nawet teraz wydawało jej się,że nie jest w stanie wyobrazić sobie siebie w Takiej sytuacji. Zawsze była bardzo nieśmiała,jeśli chodziło o płeć przeciwną. Diego próbował ją jeszcze molestować, ale Lou zafundowała mu porządnego kopa pomiędzy nogi.Zerwał z nią, a ona, mimo wszystko jeszcze długi czas go kochała. Wyjeła słuchawki z uszu, gdyż jej powieki stały się już bardzo ociążałe i czuła,że zaraz zapadnie w krainę snu. Położyła mp3 na szafeczce i przekręciła się na drugi bok, szczelnie okrywając kocem. Była wiosna, ale nocą zdarzały się jeszcze przymrozki, a w sierocińcu nie było pieniędzy na porządne ogrzewanie.Stary wielki grzejnik przy oknie dawał tyle ciepła co zepsuta lodówka. Zasypiajac marzyła o swoim prywatnym Edwardzie..


Louise zerwała się z cichym krzykiem z łożka.Naszczeście nie obudziła dziewczyn poraz kolejny. Serce waliło jej niczym młot, a na czole poczuła małe kropelki potu. Zamiast Edwarda miała kolejny ze swoich koszmarów. Śniła się jej po prostu bezsilność. Ktoś próbował wyrwać z niej duszę, a ona mogla tylko krzyczeć. Jak zwykle wokoło panował mrok, a ona zapadała się w niego, zatracając samą siebie. Swoją osobowość. Przetarła ręką czoło, po czym zerkneła na wiszący na ścianie nad drzwiami zegarek. Jego neonowe wskazówki świciły się w nocy. Była pierwsza. Kolejny raz w tym tygodniu obudziła się o pierwszej.

-Dziwny zbieg okoliczności.- szepneła senna z powrotem kładac się na miekkiej poduszce. Przykryła sobie głowę kołdrą, ale nogi zostawiła odkryte do pasa,bo nadal było jej bardzo gorąco. Po chwili znów zasneła, lecz tym razem do rana już nic się jej nie śniło.

12:37, mlodocianapisarka
Link Dodaj komentarz »

 

Dzisiejszy dzień minał jej bardzo szybko. Rano kiedy tylko skończyła toalete, poszła pomagać na stołówce. Potem musiała iść na miasto, pozałatwiać wszystkie sprawy związane z jej niedługą pełnoletnością.Te całe urzedy, dokumenty,mieszało się jej to wszystko w głowie.Ale musiała uporać się z tym jak najszybciej. Wtedy będzie mogła opuścić ten wielki, szary, wręcz smutny budynek.

Spędziła tu większą cześć swojego życia, ale nie będzie za nim tęsknić. Jako dziecko miała jedną przyjaciółkę.Wraz z nią posiadały swój, jak by swój wyimaginowany świat. Większość było pomysłem Elizy, bo tak miała własnie na imię. Wyobrażały sobie wiele pięknych rzeczy i razem się nimi bawiły. Było cudownie. Lou uwielbiała odrywać się od tej szarej rzeczywistości, a dzieki Eliz było to możliwe. Wszystkie inne dzieci patrzyły na nie jak by właśnie uciekły z wariatkowa i omijały szerokim łukiem. Ale dziewczynkom to nie przeszkadzało, wstarczyła im do szcześcia własna obecność, a tak się przynajmniej wydawalo Lou. Pewnego dnia znalazła Elize pociętą w wannie. Wszedzie było pełno krwi. Spływała po płytkach, była rozbryzgnięta na lustrze, ociekała po brzegach wanny.Zabarwiła wodę na czerwono, a z niej wystawało blade jak ściana, ciało Eliz.Błekitna łazienka zamieniła się w krwisto czerwoną z białą rzeźba w rogu. Jeszcze żyła kiedy Louise ją znalazła. Uśmiechneła się do niej błogo i łagodnie, po czym powoli zamknęła powieki. Lousie wyciągneła ją z wanny i przykryła ręcznikiem, po czym zadzwonią po karetkę.Eliza zmarła w drodzę do szpitala.To był największy szok jaki Louise przeżyła w życiu, miala zaledwie jedenaście lat.Do tej pory pamięta widok swoich trzęsących się i zakrwawionych dłoni. Była pewna,że Eliz była szczęsliwa bawiąc się z nią, ale ta wewnątrz nie mogla sobie poradzić z problemami związanymi z spłonięciem w pożarze jej rodziców i młodszego braciszka. Eliz nocowała wtedy u koleżanki, kiedy jej najbliższa rodzina udusiła się lub spłoneła żywcem w starym, drewnianym domu.Pogrzeb był cichy i Louise nigdy więcej o tym nie wspominała. Przez jakiś czas była pogrążona w żałobie. Odosobniła się od wszystkich,aż z tej nostalgi wyrwała ją(na szczeście) Monic.

Loui własnie wracała z obiadu, kiedy na końcu pustego korytarza staneła Caroline. Miała na sobie obisłą pomarańczową bluzkę i poprzecierane jeansy. Cholera, skąd ona brała kase na te ciuchy? Wyglądała mega seksownie, jak na taki zwyczajny dzień. Louise miała teraz na sobie wyciągnięty sweter i jakieś poszarpane u dole spodnie.Wyglądała mega strasznie. Powoli wpadała przy niej w kompleksy.

-Och, kogo my tu mamy? Nasza mała, kochana Lou.- odezwała się wręcz przesłodkim głosem, przechylając głowę na bok by móć po chwili przesłać jej równie słodki uśmieszek, czarne aksamitne włosy muskały jej ramie.

-Proszę Cię, nie zaczynaj znowu Caroline. Za parę dni już mnie tu nie będzie.- Lou próbowała ją jakoś wyminąć, ale ta nie miała zamiaru jej odpuścić.

-Dla Ciebie Pani Caroline.-prychneła pogardliwie, i słodki uśmiech natychmiast znikł z jej ust, zastąpił go ten słynny, ironiczny.-Wiem, wiem. Wszyscy się tym tu podniecają. Jak to byś tylko ty kończyła te osiemnaście lat.- zaczełą niby to od niechcenia bawić się paznokciami, ona również była w wieku Lou, ale jakoś nikt specjalnie tu się tym nie przejmował.-Ale powiedz mi Louise Spotlight, jak ty masz zamiar poradzić sobie w tym wielkim świecie? Skończysz pod mostem,lub najwyżej jako zwykła dziwka.- spojrzała na nią tymi zielonymi oczami lekko unosząc brwi, mówiła całkiem poważnie obraźliwym tonem.

Louise już miała jej wymieniać, w ilu to miejscach szukając młodych stażystek, ale ugryzła się w język, nie miała zamiaru wdawac się z nią w dyskusję, już to sobie kiedyś przyrzekła.

-A powiedz mi co Cię to obchodzi, Caroline?- zapytała zbywając ją i znów próbując ją ominąc.Ale ta zmrużyła oczy, zaciskając jej w cienkie szprarki, złapała Louise za włosy i przycisneła do ściany.Lousie syknełą z bólu i próbowała się wyrwać, ale to nic nie dawało więc przestała, gdyż nie chciała staracić swoich włosów. Co prawda były jakie były, ale to jej włosy. Caroline była najwyżej o głowę wyższa od niej, ale za to tak silna,że aż Lou zastanawiała się czasem czy to niej jest jakiś genetyczny mutant. Babo-chłop czy coś.

-Boże,czego Ty odemnie chcesz? Co ja Ci zrobiłam?- zapytała rozpaczliwym głosem, wlepiając w nią swe fiołkowe oczy. Czuła się taka bezbronna.Dobrze wiedziała,że nikt w najbliższym czasie nie będzie tedy przechodził.

-Nie muszę Ci się tłumaczyć.- wycedziłą przez te swoje śnieżno-białe zęby i jeszcze mocniej ścisneła jej włosy.Lou tylko jękneła.

-Wystarczy mi,że żyjesz na tej samej planecie.- rzuciła po czym puściłą ją ztrącając z dłoni rude, kręcone włosy. Obróciła się na pięcie i poszła przed siebie, z gracją kręcąc biodrami.

Louise osuneła się powoli na podłogę. Ukryła twarz w dłoniach.

-Nie, nie bedziesz płakać.- powiedziała do siebie surowym głosem, po czym głośno wciągneła powietrze a głowę oparła o ściane.Mogła iśc się na nią poskarżyć. Ale po co? Kiedyś próbowała, ale przestała gdy zauważyła,że Caroline jest praktycznie bezkarna.Zawsze mogła liczyć na pomoc pani Alice, jej ulubionej opiekunki, kiedyś nawet traktowała ją jak swoją matkę, lecz z tego już na szczeście wyrosłą.W tej sprawie nawet ona nie kiwnęła palcem, zbywając ją jakimś marnymi wymówkami.

-To już ostatnie dni, byle by znaleźć mieszkanie i hasta lavista, bejbe.-powiedziała podnosząc się z podłogi.

Poszla do swojego pokoju. Były w nim dziewczyny, jak zwykle dyskutowały w kącie nie wiadomo o czy.Lou przyzwyczaiła się,że milkną kiedy ta wchodzi. Wkońcu każdy ma swoje tajemnice, a ona to akceptowała. Przeczesała szczotką włosy, by wypadły z nich te wszystkie po nadrywane, wzieła szarą gazetę którą kupiła w kiosku i położyła się na łożku.

-Co robisz Loui?-zapytała zaciekawiona Monic, podchodząc do jej łożka.-Mogę usiąść?-zapytała uśmiechajac się szczerze. Z trzech współlokatorek to ją Louise lubiła najbardziej.Była po prostu miła i interesowało ją coś więcej niż czubek własnego nosa.Mogły rozmawiać całymi godzinami.Monic była smukła szatynką, o szarych oczach.Można powiedzieć na pierwszy rzut oka,że jest zwykła myszką, ale w niej kryło się coś więcej,coś co Lousie zawsze podziwiała. Jakiś taki ogień. Louise zauważyła go, kiedy po raz pierwszy ktoś wstawił się za nią gdy znęcała się nad nią Caroline, i była to Monic.

Skikneła głową na tak, i podciągneła nogi by zrobić miejsce dla dziewczyny.

-Własnie biorę się za szukanie jakiegoś mieszkania do wynajęcia.Pojutrze osiemnastka i będe mogła się z tąd wyrwać.- uniosła lekko kąciki swych wąskich ust.

-Szczęściara.- Monic lekko zmarszczyła nos i szturchneła ją w udo.-Bedzie mi Ciebie brakowało Lousie Spotlight.-uśmiechneła się ciepło, a Lousie zrobiło się naprawdę miło. Odwzajemniła jej uśmiech, i wyciągneła do niej ręce. Monic uścisneła ją naprawdę serdecznie, a jej włosy pachniały truskawkowym szamponem.

-Mi Ciebie również, Monic. Ale daj spokój, bedziesz mogła mnie odwiedzać i ja Ciebie. Jakoś damy sobie radę. Poza tym za rok ty tez bedziesz mogła wyfrunac z tego gniazdka.-Lou zachichotała i poklepała ją lekko po plecach.

-O taaak.-Monic rozciągneła się obok niej na łożku.-To dawaj tą gazetę.

-Sama nie wiem, gdzie nawet szukać, chciałabym,że by było gdzieś w centrum i tanio.

-O moja droga tak dobrze,to nie ma. Napoczątku musi być chyba tanio?- uniosła brwi spoglądając na Lou.

-Tak, zdecydowanie..

 

12:33, mlodocianapisarka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2